Z TRADYCJĄ I FANTAZJĄ DO INTEGRACJI

   I oto kreślę kolejny odcinek swej opowieści autobiograficznej. Dość chaotycznej opowieści- podkreślam. Czas i przestrzeń wielu lat mojego życia. Rozbiegane myśli zatrzymuję w różnych momentach. Tyle się wszak wydarzyło!

1 września 1992 r. Inauguracja roku szkolnego. Jako świeżo upieczony magister filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego rozpoczynam pracę w głubczyckim „Mechaniku”. Ubrana w czerwoną garsonkę, z burzą młodzieńczych loków na głowie przekraczam próg szkoły, nie wiedząc jeszcze, jak ogromny wpływ mieć będzie na moje dalsze życie. ZSM. Nowe wyzwanie, nowe nadzieje, rozterki… Dyrektor Suchecki od razu rzuca mnie na szerokie wody, powierzając wychowawstwo w klasie 1 L 4-letniego liceum zawodowego obróbki skrawaniem. 32 uczniów, w tym tylko 3 dziewczyny: Krysia, Sabina i Tereska.

Pełna energii, ambicji i zapału zabieram się do pracy dydaktyczno-wychowawczej. Solidnie przygotowuję się do zajęć, piszę konspekty… Pani wicedyrektor Teresa Przybyła, niczym detektyw, śledzi każdy mój krok. A ja boję się jej jak ognia! Starsi, życzliwi nauczyciele otaczają mnie opieką i służą radą. Zwłaszcza pani Ania Dudek, państwo Kufalscy, Krysia Haremza (Szmuc), pan Marian Paściak, Lidzia Tichanów (niestety już nieżyjąca), Agnieszka Topolska, Kasia Wac, pani Ula Poźniak i inni. Z młodzieżą nawiązuję dobre relacje, wręcz przyjacielskie. Tymczasem dyrekcja zleca mi przygotowanie programu artystycznego z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3-Maja. Mój debiut reżyserski. Zatem trzeba wszystkich zaskoczyć! Opracowuję ambitny scenariusz, a spośród wychowanków wybieram ekipę do inscenizacji. Bartek, Maciek, Rafał, dziewczęta… Angażuję pół klasy. Szyjemy stroje, robimy dekorację a’ la Sejm Wielki i… Przedstawienie podbija serca nauczycieli i uczniów. Po udanym występie dochodzę do wniosku, że trzeba spożytkować i rozwijać talent podopiecznych. Powołuję więc do życia teatr. Poszukuję odpowiedniej nazwy. Pewnego razu wpadam do Szkolnej Izby Regionalnej pani Dudek i już wiem, że mój teatr będzie się zwał TRADYCJĄ, a jednym z jego celów- kultywowanie i popularyzowanie pięknej polskiej tradycji z jej bogatą obrzędowością i zwyczajem.

Kolejny rok szkolny. Grupę teatralną zasilają nowi członkowie. Głównie młodzież wiejska, zresztą taka w większości uczęszcza do ZSM. Przydają się teraz warsztaty teatralne z czasów studenckich. Pojawiają się znakomici recytatorzy: Kasia, Ania, Madzia, Marta, Weronika… Wyjazdy na konkursy i pierwsze sukcesy w tej dziedzinie.

Styczeń 1995. Pierwszy poważny przegląd wojewódzki. HERODY w Lewinie Brzeskim. Wyjeżdżam z TRADYCJĄ poza Głubczyce. Trzeba się pokazać „w świecie” i zmierzyć z innymi. Zdobywamy III miejsce! Szok. Rok później Grand Prix i główna nagroda-  Berło Heroda! I tak wielokrotnie. Potem „Proscenium” w Nysie, Brzeg, Opole, Wrocław i komedia ludowa „Skubaczki” w słynnej Hali Ludowej- I miejsce na Dolnośląskich Targach Edukacyjnych.

TRADYCJA. Wiele ciekawych postaci się przezeń przewinęło. Nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Pozwolę sobie jednak zaznaczyć, że wszystkie nazwiska są przywołane w „Biuletynie informacyjnym”, który powstał na okoliczność 40-lecia ZSM (wrzesień 2009) i 20-lecia teatru TRADYCJA (2015).  Dopisuję kolejne…

Kinga Chuchla, niegdyś aktorka i akompaniatorka w szkolnym teatrze, poszła w moje ślady, stając się społecznikiem- animatorem kultury. Jest nauczycielką w Zespole Szkół w Branicach i organistką w branickiej świątyni. Ma wiele kwalifikacji. Jestem z niej dumna.

Marek Nędza. Mój Mareczek. Tak właśnie o nim mówię. Dziś już zawodowy aktor Teatru im. Jaracza w Łodzi. Absolwent łódzkiej „filmówki”, doktor sztuki i wykładowca PWSTTviF w Łodzi. Nagrodzony za wiele znakomitych kreacji aktorskich.

Wrzesień 1999. Przychodzi do mnie skromny i nieśmiały, by zapisać się do zespołu teatralnego. Uczeń klasy I technikum. Włączam go do TRADYCJI i otaczam opieką artystyczną. Pamiętam go z jakichś występów w MOK, gdy jako dziecko śpiewał „Ballady o świętym Wincentym” Wiesia Janickiego. Już wtedy „wpadł mi w oko”. Obiecałam sobie, że gdy podejmie naukę w „Mechaniku”, wezmę go pod swoje skrzydła. Tak też się stało. Pięć lat współpracy z Markiem. Powierzam mu małą rolę w „Końskim nazwisku” Czechowa. Gra służącego Pietkę. Wypowiada raptem jedno zdanie: „Już się robi pani generałowo” i zachwyca wszystkich. Nigdy tego nie zapomnę. A potem wszystkie główne role. We wspomnianych „Skubaczkach”, Herodach (Śmierć, Żyd, Herod…), widowisku plenerowym „Noc Kupały- Noc Świętojańska”, w kolejnych odsłonach „Zielonej Gęsi” Gałczyńskiego i wielu innych. A ja jako sufler za kulisami w ciągłym stresie… Przychodzi kolej na monodramy. Najpierw „Xymena”. „Wewnętrzne dziecko” i wreszcie „Kameleon”, który uczynił zeń laureata szczebla centralnego w Zgorzelcu. W mej pamięci tkwi obraz z tego monodramu. Marek jako bezdomny, obdarty wychodzi z kartonu, w którym mieszka. Wyciąga kanapkę z serem (sprzed tygodnia), której autentyczny smród rozchodzi się po całej sali. Gryzie raz i drugi. To się nazywa poświęcenie dla sztuki!

Na jego spektaklu dyplomowym „Zmierzch” w Teatrze Studyjnym w Łodzi nie mogę ukryć łez wzruszenia. Owacje na stojąco… Dla mnie to ciągle ten sam Marek.

Rok szkolny 1996/97. Obejmuję wychowawstwo w klasie I „ekonomika”. Tym razem zdecydowaną większość stanowią dziewczyny. Przygotowuję, jak zwykle zresztą, akademię z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Zależy mi, by była wyjątkowa. Jak mam uatrakcyjnić uroczystość?- pytam siebie w myślach. Może wprowadzić taniec? Byłoby to coś nowego. Tyle dziewcząt w grupie. Będzie w czym wybrać! Robię więc casting, włączam muzykę i… rodzi się FANTAZJA, która przez kolejnych dziewięć lat ubarwiać będzie liczne uroczystości szkolne i środowiskowe, imprezy kulturalno-sportowe o zasięgu krajowym i międzynarodowym, na dobre wpisując się w krajobraz ziemi głubczyckiej i całej Opolszczyzny. Wreszcie mogę wykorzystać swoje umiejętności jako instruktor tańca. Lecz nie ograniczam zespołu, daję dziewczętom wiele twórczej swobody. Mnie bliższe są rytmy latynoamerykańskie, im taniec nowoczesny. Idziemy na kompromis i łączymy te style. Uroda, wdzięk, poczucie rytmu moich dziewcząt, piękne stroje i niesamowite emocje! A’ propos strojów. Tu ukłon w stronę pani Broni Mruk ze sklepu TEX-STYL, która wielokrotnie sponsorowała tkaninę, a ta, zwłaszcza w rękach pani Joli i Małgosi, przybierała niesamowite kształty.

Ciekawe choreografie i czasem niemal akrobatyczne popisy szczególnie w wykonaniu Amelki i Diany. No właśnie. Ta pierwsza to rodzona siostra wspomnianej wcześniej Kingi. Absolwentka AWF. Świetna pływaczka. Kobieta - guma.

Konkursy i przeglądy taneczne. Od powiatowego po ogólnopolski. Fantazjanki chlubą i wizytówką nie tylko szkoły, ale i całego miasta. Dyplomy zapełniają ściany.

Jesień’ 96. Ojciec Jozafat - ówczesny magister postulatu przy klasztorze o.o. Franciszkanów - proponuje mi zajęcia z fonetyki pastoralnej dla adeptów życia zakonnego. Dwa razy w tygodniu. Z ochotą przyjmuję to wyzwanie. Przekraczam mury klasztoru i mam wrażenie, że jestem w innej epoce. Czytelnia klasztornej biblioteki to miejsce magiczne; tuż obok stare księgi, nastrój tajemniczości i niezwykłości. W wolnych chwilach zgłębiam wiedzę na temat przedmiotu, który stanowi dla mnie swoiste novum i brzmi tak dostojnie. Chcę być praktyczna, więc ćwiczę z postulantami poprawną artykulację, dykcję, intonację - coś, co nie jest mi obce. Ot, zajęcia warsztatowe. Lecz tak naprawdę młodzi, odizolowani od świata zewnętrznego chłopcy, chcą porozmawiać o życiu, o codzienności. Lubią pożartować. A wśród nich głubczyczanin - Tomek Brzyski. Dziś już ojciec Alan - prowincjał z Wrocławia; doktor habilitowany. A może już profesor? Pełen powagi i zadumy nad światem. Życzliwy i dobry człowiek. Poeta i intelektualista. Cieszę się, że go poznałam.
Mija rok i kończy się moja współpracy z postulantami. Muszę przyznać, że zapach, unoszący się z klasztornej kuchni stawał się dla mnie nie do zniesienia, zwłaszcza że byłam wtedy przy nadziei. W październiku 1997 r. zostaję mamą rozkosznego, czarnowłosego Kamilka, który
w 2017 r. zostanie absolwentem liceum mundurowego ZSM w Głubczycach…

Rok 1999. Wraz z ówczesną dyrektorką przedszkola Nr 6 (dziś Publiczne Przedszkole Nr 2) zwracam się do Rady Miejskiej z propozycją utworzenia oddziału integracyjnego w w/w przedszkolu. Rada przychyla się do owej prośby i już w roku następnym powstaje w tej placówce pierwszy na ziemi głubczyckiej oddział integracyjny. W kolejnych latach w Szkole Podstawowej Nr 1 i w Publicznym Gimnazjum Nr 2, a po jego likwidacji w Gimnazjum Nr 1. To jakże ważne przedsięwzięcie umożliwia dzieciom niepełnosprawnym włączenie się w nurt szkoły masowej, gdzie lepiej mogą się przygotować do normalnego życia w społeczeństwie, nauczyć samodzielności. Mają także szansę udowodnić, iż wespół z dziećmi zdrowymi mogą być razem w jednej grupie przedszkolnej, klasie, w jednym budynku; akceptowane i dowartościowane. Dzieci pełnosprawne zaś przekonują się, że wśród nich może znajdować się ktoś, kto wprawdzie różni się sprawnością fizyczną czy intelektualną, ale mimo to nie jest kimś gorszym, chociaż innym. Integracja to trudne wyzwanie tak dla władz samorządowych, oświatowych, jak też nauczycieli i rodziców. Wymaga zrozumienia problemu.

2002 rok. Z inicjatywy grupy zainteresowanych w przywołanym powyżej przedszkolu powstaje Stowarzyszenie TACY SAMI zrzeszające rodziców, nauczycieli i sympatyków dzieci specjalnej troski. Obdarzona zaufaniem, zostaję prezesem organizacji. Cele są szczytne: integracja, edukacja, rehabilitacja, wymiana doświadczeń, uczestnictwo w życiu środowiska lokalnego etc.

Bardzo poważnie traktuję to nowe społeczne zadanie i zabieram się do pracy. Organizuję festyny integracyjne, spotkania ze specjalistami, prelekcje; tworzę i prowadzę autorski program integracyjny BEZ BARIER, który na stałe wpisuje się w kalendarz Głubczyckich Dni Kultury. Podkreślam tym samym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, bez względu na chorobę, niepełnosprawność, kolor skóry, status społeczny, wykształcenie, itd. Tworząc program integracyjny, chcę udowodnić, że na scenie niepełnosprawność nie jest wadą, a wartością, choć brzmi to paradoksalnie. Zgoła inny sposób poruszania się czy wydawania dźwięku staje się niejako towarzyszem artystycznym. Tu wszyscy są równi. BEZ BARIER traktuję jako swoisty apel do społeczeństwa, by dostrzegło, że dzieci i młodzież specjalnej troski są wśród nas i nie potrzebują litości, lecz zrozumienia, pomocy i życzliwości ludzkiej. To także gest wdzięczności w stronę tych, którzy na co dzień podejmują trud pracy z tymi, dla których los nie był łaskawy.

Mijają kolejne lata. Idea integracji w naszym środowisku rozwija się, choć ciągle jeszcze wiele jest do zrobienia na tej płaszczyźnie, zwłaszcza, że dzieci dorastają, kończą gimnazja, i tu zaczyna się problem. Etap szkoły ponadgimnazjalnej, gdzie nie ma, niestety, klas integracyjnych; studia, gdzie ciągle napotykają szereg trudności, nie mówiąc już o pracy zawodowej, której brak dla osób z niepełnosprawnością. A przecież są fachowcami! Sumienni, pracowici. Wiele by mogli dać społeczeństwu, które, niestety, nie stwarza im tej możliwości. Nielicznym się to udaje. Jako „matka chrzestna” idei integracji na ziemi głubczyckiej ubolewam nad tym faktem.

Każdego roku w pierwszej dekadzie listopada organizuję kolejne edycje festiwalu BEZ BARIER. Oczywiście w sali widowiskowej MOK w Głubczycach. Przy tej okazji chcę podziękować Zbyszkowi Ziółko za współpracę i umożliwienie organizacji różnorodnych imprez kulturalno-oświatowych w jego instytucji.

Praca w szkole. Każdy dzień inny, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Odchodzący i przychodzący. Żegnani i żegnający. Nowi uczniowie, nauczyciele, dyrektorzy. Podążam za młodzieżą, jakże zmieniającą się z roku na rok. Często roszczeniowa i pretensjonalna, ale przecież kochana! I ciągle próbuję im odpowiadać na pytanie: „Mieć czy być?”, zwłaszcza, gdy w tej młodej głowie u zarania szkoły rodzi się już perspektywa wyjazdu do Holandii. Jak by tu zatrzymać tych naszych młodych, wspaniałych ludzi? Aż żal, aż żal...

Nie o tym jednak będę pisać! Pozwolę sobie na małą retrospekcję i przywołam inne szkoły średnie, w których mogłam się sprawdzić!

1993/1994. Moja przygoda z „Rolniczakiem”. Pani Zdzisława Szałagan – dyrektor ZSRCKU proponuje mi zastępstwo za Jasię Źrebiec, wybierającą się na urlop macierzyński. Czemu nie? Dostaję dwie klasy maturalne. Niewiele młodsi ode mnie, zwłaszcza ci z 3-letniego technikum na podbudowie zawodówki. Ambitne bestie. Omawiamy „Rozmowy z katem”. Cała męska część klasy zgłasza się do odpowiedzi, a ja nie nadążam ze wstawianiem piątek! Moją uwagę przykuwa niewysoki blondyn, który trzyma rękę w górze, nim zdążę zadać pytanie. To Rysiu Gontarczyk. Po maturze wstępuje do zgromadzenia o.o. Werbistów i zostaje misjonarzem. Staje się przyjacielem mojej rodziny. Uczestniczę w jego uroczystości prymicyjnej. Niezwykła postać! Szalenie oczytany, inteligentny, a przy tym skromny, pełen pokory i głębokiej wiary. Wiele wspólnie przegadanych godzin. Ma swoiste zacięcie filozoficzno-teologiczne. Świetny plastyk. Opracował „Drogę Krzyżową”, ilustrując ją niezwykłymi obrazkami. Jako katecheta przygotowuje swym uczniom przedziwne pomoce dydaktyczne, tak, by zaciekawić lekcją religii, traktowaną trochę po macoszemu. Trzy lata spędził na misji w Chorwacji…

Wrzesień’94. Dyrektor LO – pan Edward Wołoszyn- zatrudnia mnie na 4 godziny tygodniowo jako nauczyciela dochodzącego za jedną z polonistek przebywającą na urlopie zdrowotnym. Powracam więc do swojego „Ogólniaka”, gdzie nie tak dawno pobierałam nauki. Trochę onieśmielona, przechodzę na „ty” ze swoimi profesorami. M.in. Anią Szwal, ś.p. Zbyszkiem Pakulskim, Basią Paściak. To miło spotkać się z nimi po drugiej stronie barykady. Już bez stresu. Kursuję w tę i we w tę. „Mechanik” – „Ogólniak”, „Ogólniak” –„Mechanik”. Zdobywam nowe doświadczenie. Podoba mi się. Zwłaszcza owe lekcje w formie dramy w klasie II A. Ela Kufalska (Śmidoda) – obecnie polonistka w ZSM często wspomina z sentymentem te zajęcia. Wtedy nie przypuszczała, że za kilka lat spotka się ze mną w tej samej branży... Pan Wołoszyn proponuje mi pracę na stałe. Ja jednak grzecznie odmawiam, bo zdążyłam już pokochać  swój „Mechanik”.

Luty’2004. W perspektywie nowa matura. Czas na reformę. Zapisuję się więc na kurs egzaminatorów języka polskiego, poświęcając temu całe niemal ferie zimowe. Muszę przestawić siebie i młodzież na nowe tory. Niełatwe zadanie, ale do zrobienia.
     Jesień’2004. Maestro Józef Kaniowski jako kierownik muzyczny MOK tworzy Grupę Estradową Nauczycieli. Powierza mi rolę solistki. Przypadkiem wpada w moje ręce „Dialog” z 2000 r. Znajduję tam oratorium bożonarodzeniowe E. Brylla „Wołaniem wołam Cię”. Przekazuję Józefowi. Tworzy do tego znakomitą muzykę i mamy udany debiut zespołu nauczycielskiego. Nagranie TV Gł-ce w sali kominkowej kawiarni „U Kurka”. Rzecz się podoba. A potem „Misterium Ogrójca”, programy papieskie, „Różaniec poetycki”, „Majówka”, „Męka pańska”, „Wiośnin” Brylla i wiele innych kompozycji maestro wyśpiewanych w kościołach dekanatu głubczyckiego i poza nim. Także „Akatyst”. Niełatwy zresztą zbiór pieśni ku czci Bogurodzicy, w stylu bizantyjskim.

Ciągle powtarzam, że, niestety, doba ma tylko 24h. Wszak tyle rzeczy chciałoby się zrobić! Publicystyka też leży mi na sercu.  Myślę nieraz, by zająć się pisaniem tak na serio. Ale kiedy? – zapytuję. Czasem coś stworzę do „Rzeczy Powiatowej”, „Głosu Głubczyc”, „Kalendarza Głubczyckiego” czy na stronę internetową ZSM. Napiszę jakiś scenariusz, program okolicznościowy, wiersz, piosenkę. Może powinnam to wszystko zebrać i wydać? Rozproszone, zaginą! Trzeba coś z tym zrobić.

2005 rok. Pora wreszcie pomyśleć o sobie i zrobić awans zawodowy na nauczyciela dyplomowanego. Mijają bowiem dwa lata od realizacji planu rozwoju zawodowego, a ja nie mam czasu, by przysiąść i opisać dokumentację, której mam pełny stos!

W roku szkolnym mnóstwo zajęć, więc poświęcam temu wakacje. Ku zdumieniu sąsiadów, codziennie spędzam kilka godzin na podwórku,  pisząc, pisząc i... pisząc na ogrodowym stoliku w asyście promieni słonecznych. Obok w piaskownicy bawi się Kamilek.
Od czasu do czasu podnosi główkę, by sprawdzić, czy tam jestem. Odwiedza mnie Viola Maciej – koleżanka. Także polonistka. Odrywa na chwilę od intensywnej pracy. Przy filiżance kawy rozprawiamy o tym i owym. A’propos Violi. Przyjaźnimy się i pracujemy razem od wielu lat. Pomagamy sobie wzajemnie. Gdy proszę ją o zrobienie scenografii do akademii czy spektaklu, nigdy nie odmawia. Miła i życzliwa.
Jeszcze tylko przepisać na komputerze sprawozdania, poukładać załączniki i gotowe teczki jadą do Kuratorium. Czekam na wezwanie. Nadchodzi grudzień. Mały egzamin i wreszcie uzyskuję stopień nauczyciela dyplomowanego. Jaka ulga... Pensum też trochę wyższe.

2007 rok. Dyrektor Jan Łata motywuje mnie, bym podjęła się napisania projektu ministerialnego. Próbuję. To projekt przeznaczony dla młodzieży wiejskiej o nazwie „Warsztaty edukacji teatralnej”. Chcę zapewnić moim uczniom jak najszerszy dostęp do kultury. Rzecz zostaje zaaprobowana przez ministerstwo. Hurra! Od września do grudnia trwa realizacja. Zabieram swoich podopiecznych do stolicy Dolnego Śląska. Chcę im pokazać „mój” Wrocław w pełnej krasie, a wieczorem obowiązkowo spektakl w Teatrze Współczesnym. Zainspirowana pierwszym, realizuję kolejne, społeczne projekty edukacyjne, np. Artyści w szkole, Spotkania z kulturą...

Wracając do TRADYCJI i FANTAZJI. Spisuję dwa tomy kroniki artystycznej ZSM. Zdjęcia, artykuły prasowe, kserokopie dyplomów, podziękowania, spis wydarzeń, nazwiska uczniów. 1994-2004. Kończę na 10-leciu teatru.  Nie mam już ochoty kontynuować. Nie, nie. Nie zrywam z teatrem! Jedynie z kroniką. Oddaję ją do Szkolnego Muzeum Regionalnego. Prawdę mówiąc, od kiedy aparaty cyfrowe zajęły miejsca klasycznym, nie mam już zdjęć do wklejania. Oczywiście na bieżąco rejestruję przedsięwzięcia artystyczne, po czym wrzucam je do komputera i na stronę internetową szkoły. To taka wirtualna kronika...

Jest TRADYCJA, FANTAZJA i... jest Mieciu. Życie kulturalne ZSM kwitnie. Liczne akademie szkolne, środowiskowe, Głubczyckie Dni Kultury, Festiwal Kultury Powiatowej, spotkania literackie, autorskie, wystawy, koncerty, poezja śpiewana, konkursy, przeglądy artystyczne od szczebla powiatowego... po centralny. Wiele się dzieje. A w tym wszystkim młody człowiek, który może rozwijać swoje pasje i zainteresowania. Tylko trzeba mu to umożliwić, poświęcić swój czas, dać siebie... Nie patrząc na zegarek.

Ach te wyjazdy do przybytków kultury i emocje z nimi związane. Opole, Racibórz, Gliwice, Rybnik, Wrocław, Kraków, Warszawa... Wiele by tu wymieniać. A przy tym pan Olek - kierowca, jak zwykle dowcipny, zarażający swym śmiechem. Tysiące kilometrów przejechanych w jego niezawodnym autokarze. Opera, operetka, teatr... A wszystko po to, by uwrażliwić młodego człowieka, włączyć w dzieło tworzenia i odbioru kultury, uczynić lepszym, mądrzejszym. Wzbogacić ducha...

Wrzesień’2009. Po czterech latach przerwy reaktywuję zespół taneczny. Nowy narybek z klasy I A technikum ekonomicznego, gdzie pełnię rolę wychowawcy, co zresztą ułatwia sprawę. Nowa FANTAZJA i jej udany debiut podczas obchodów jubileuszu 40-lecia szkoły. Jadzia zostaje głównym choreografem. Ma doświadczenie w tańcu nowoczesnym. Pozyskuję sponsorów, a pani Jola szyje czerwone tuniki z literą „F”. Wyglądają olśniewająco!

Mietek Zając. Absolwent ZSM. „Perła” TRADYCJI. Aktor – amator, ale jakże dojrzały scenicznie. Od szeregu lat związany z moim teatrem. Ma na swym koncie wiele charakterystycznych ról, zwłaszcza kabaretowych. Publiczność wręcz pęka ze śmiechu, gdy pojawia się na scenie. Komizm słowny, postaci, sytuacji…

W monodramie „Skąd ta wrażliwość” kreuje postać mężczyzny po przejściach. Mieciu to laureat szczebla centralnego w Słupsku. Na scenie autentyczny i przekonywujący, w życiu trochę nieporadny. Ma chłopak talent i to coś, co sprawia, że chce się go słuchać i oglądać. Praca z nim daje mi wiele satysfakcji…

Kiedy człowiek rzuca się w wir pracy społecznej, nie myśli o gratyfikacji, uznaniu, czy splendorze. Lecz jakże budujące i motywujące jest to, gdy owa praca zostaje dostrzeżona. Cieszę się, że zostały docenione owoce mojej działalności na niwie kulturalnej, edukacyjnej, społecznej i charytatywnej. Uhonorowano mnie wieloma nagrodami i wyróżnieniami tak samorządowymi jak i oświatowymi, czy w dziedzinie kultury. Wśród nich: Złoty Herb Głubczyc, Statuetka Głubczyckiego Lwa, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Nagroda Opolskiego Kuratora Oświaty, dwukrotnie Nagroda Ministra Edukacji Narodowej, Nagroda Marszałka dla Animatorów i Twórców  Kultury, dwukrotnie Nagroda  Marszałka za Rozwój i Upowszechnianie Edukacji, dwa razy Nagroda Starosty, wielokrotnie Nagroda Dyrektora Szkoły, Krzyż Kresowy, Odznaka Honorowa za Zasługi dla Województwa Opolskiego, Społecznik Roku Województwa Opolskiego, Człowiek Roku Powiatu Głubczyckiego, Człowiek Roku Województwa Opolskiego w Kat. Kultura (II miejsce) i wiele innych. A przy tym mnóstwo podziękowań. To dowartościowuje. Uskrzydla. Motywuje…

Czas kończyć tę „opowieść bez końca”. Wiele by tu można jeszcze napisać. Muszę niestety pominąć egzaminy maturalne, studniówki, liczne wycieczki!. Współpracę z lokalnym środowiskiem: Miejskim Ośrodkiem Kultury, Franciszkańskim Ośrodkiem Pomocy Dzieciom, Głubczycką Radą Seniorów, Klubem Honorowych Dawców Krwi PCK, Środowiskowym Domem Samopomocy w Nowych Gołuszowicach, Stowarzyszeniem Miłośników Lwowa i Kresów Płd.- Wsch, i innymi strukturami traktuję jako materiał na kolejne rozdziały mojej opowieści. Nie chcę „zamęczyć” czytelników tyloma wywodami!

A przede mną nowe wyzwania, tym razem samorządowe. Dziękuję za cierpliwość.

 

Maria Farasiewicz